Nowy Jork, rok 1933. Bezrobotna aktorka Ann Darrow (Naomi Watts) znajduje się w czasach Wielkiego Kryzysu – bez środków do życia. Kiedy usiłuje ukraść jabłko ze straganu, z opałów ratuje ją ambitny filmowiec Carl Denham (Jack Black). Reżyser ma nadzieję, że Ann zastąpi aktorkę, która właśnie wycofała się z udziału w jego filmie. Postanawia wykraść jedyną kopię swojego nieukończonego filmu i wyruszyć w podróż na tajemniczą Wyspę Czaszki, w pobliżu Sumatry. Do ekspedycji przyłącza się także podróżnik Jack Driscoll (Adrien Brody). Na miejscu Ann zostaje porwana przez prymitywne plemię składające hołd olbrzymiemu gorylowi. Okazuje się bowiem, iż na wyspie przetrwało wiele niezwykłych, niebezpiecznych i co najciekawsze prehistorycznych stworzeń…
Jeden z najbardziej oczekiwanych filmów 2005 roku, stworzony przez Petera Jacksona, który dosyć wysoko postawił sobie poprzeczkę po Władcach Pierścieni. Niestety, w moim skromnym mniemaniu, uwspółcześniona wersja King Kong’a, to kolejny wytwór, któremu można przykleić etykietkę z napisanem: komercha z Mc’ Donalda.
Nie przemawia do mnie ten film w żaden sposób. Uwaga zamiast się skupić na tytułowym bohaterze, spada na Watts, Brody’ego, Black’a. Dwie sprawy burzą kolej rzeczy: przesyt patosu i nadmiar efektów specjalnych, którymi King Kong ocieka, niczym olej po ostatniej frytce w Mc’ Donaldzie. Wynaturzona małpa prezentuje się dość komicznie, bo cały urok grozy, majestatu przykrywa: tańcząca, uśmiechająca i grająca oczkami małpka – co najśmieszniejsze, jej rozmiary też nie są niebotyczne. Robi wrażenie dużej małpy – nie to co remake z 1976 r. z Jessicą Lange – jest klimat i atmosfera quasi horroru. Walka z brontozaurami to jeden z elementów efekciarskiej ekspozycji, która ujdzie w tłumie. Muzyka? Nieprzeciętna. Dobrze się komponuje z całością.
Zdecydowanie preferuję trochę wcześniejszy remake, który nie trąci Disney’owskim fantasy, dłużącym się w nieskończoność.
Ocena: 4/10



