Archiwum z marzec, 2008

h1

Requiem dla snu (2000)

marzec 31, 2008

Wstrząsająca opowieść o czwórce bohaterów z Brooklynu, którzy w pogoni za realizacją swoich marzeń odbywają podróż w głąb piekła uzależnień. Ucieczka od rzeczywistości kończy się dla rozprowadzającego narkotyki Harry’ego, jego uzależnionej od pigułek na odchudzanie matki, Sary, pogrążonej w nałogu dziewczyny, Marion, i najlepszego przyjaciela, tragedią. Każdy z nich, nie mogąc sobie poradzić z chaosem otaczającego ich współczesnego świata, popada w uzależnienie od narkotyków, słodyczy, czy telewizji. “Requiem dla snu” to hipnotyczna opowieść o tęsknocie za miłością, życiu w iluzji, kłamstwie i zjawisku uzależnienia.

Darren Aronofsky stworzył wybitne dzieło, które zostanie chyba zapisane do kanonu najlepszych filmów wszechczasów. Film naprawdę miesza w głowie, pokazuje bezgraniczne dążenie do realizowania własnych pragnień oraz skutków wszelkiego rodzaju nałogów. Każda osoba mająca nałóg wszelkiego rodzaju, choćby telewizja czy słodycze, prowadzi siebie na samo dno, jednocześnie stając się ich sensem życia. Widzimy kolejno części upadku głównych bohaterów, choćby więzienie czy choroba psychiczna.

Jared Leto wcielając się w rolę Harego Goldfarba zagrał swoją życiową rolę. W żadnym swoim kolejnym filmie nie zdołał tak zagrać jak w Requiem. Harry i Marion darzyli się wzajemną szczerą miłością, ich wspólne planowanie przyszłości zakończyło się jedynie ćpaniem. Przez co nie tylko niszczyli siebie, ale także swój związek. Matka Harrego już na samym początku sprawiała osoby umysłowo chorej.

Ciekawym efektem filmu był bardzo szybki montaż, który sprawiał iż w pewien sposób czuliśmy się jak bohaterzy filmu. Jak również klimat i kolorystyka filmu są bardzo ważnym elementem, przeważający kolor ciemnoniebieski sprawia iż czujemy niepewność.

Muzyka w tym filmie zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Pełna grozy, niepewności, strachu.

Według mnie każdny szanujący się kinoman powinien zobaczyć owe dzieło. Ciągłe napięcie i szybki montaż buduje fabułę filmu, od którego nie można oderwać wzroku. Jest to bardzo wartościowe kino, dające do myślenia i refleksji nad swoim życiem.
Ocena 10/10
h1

Cinema Paradiso (1988)

marzec 30, 2008

Cinema Paradiso opowiada historię znanego włoskiego reżysera Salvatore (w tej roli Jacques Perrin), który po latach powraca pamięcią do czasów dzieciństwa spędzonego w małym sycylijskim miasteczku. Salvatore (Toto), przyjaźni się z miejscowym kinowym operatorem Alfredo (Philippe Noiret), który wprowadza chłopca w magiczny świat ruchomych obrazków.

Wzruszający film Tornatore, w którym przedstawiona jest przyjaźń, małego chłopca zafascynowanego kinem, z podstarzałym operatorem. Alfredo prowadzi go przez świat kina, zaś w późniejszych latach, gdy Alfredo traci wzrok, Toto prowadzi go przez życie, świat ciemności. Przez swoją różnice wieku ich relację można określić jako ojciec i syn. Salvatore traktuje Alfredo jak swojego nauczyciela, mistrza.

Zawarta jest również w tym filmie historia biednego, włoskiego miasteczka, w którym jedyną rozrywką jest kino. Tłumy biednych i bogatych widzów kina, doprowadzają do groteskowych sytuacji. Jest częścią ich życia, bez niego nie mogą się obejść, co doprowadziło do nerwowych reakcji mieszkańców. W kinie ludzie żyją, nie siedzą przynudzeni czarno białym filmem, co rusz Tornatore przedstawia nam zabawne sytuację w kinie, choćby karmienie piersią dziecka czy żywe reakcję publiczności związane z fabułą filmu.

W filmie można również dostrzec wątek miłosny z Eleną, który według mnie był aż nadto przerysowany. Również można wyróżnić dwa rodzaje miłości w tym filmie: do kobiety i do ojca.

Ważnym elementem filmu jest muzyka Ennio Moricone, która staje się nieodłącznym elementem filmu.

Film ten jest symbolem historii kina, ponieważ w filmie ksiądz pierwszy oglądał premierę filmu i wycinał sceny pocałunków, tak samo jak we wczesnych latach kino było cenzurowane przez kościół. Kiedyś kino miało znaczenie dla ludzi, symbolem tego jest tłum ludzi, który żywo reagował oglądając film, jednak z czasem to kino upadło i musi uznać wyższość nad TV (wzruszająca scena wyburzenia Kina Paradiso).

Według mnie każdy powinien choć raz w życiu ujrzeć dzieło Tornatore, nie tylko ze względu na rankingi, ale dlatego iż jest pełen emocji. Doza humoru jest przeplatana z dozą smutku. Jestem pewien, że każdy zapamięta scenę końcową w tym filmie (jednak nie będę zdradzał ;) ).

Ocena 10/10!

h1

Good luck Chuck.

marzec 30, 2008

Image Hosted by ImageShack.us

Charlie jest seryjnym randkowiczem. Jednak nad mężczyzną ciąży fatum: każda kobieta, z którą zaczyna się spotykać, zakochuje się w innym. Kiedy jest pewny, że spotkał miłość swego życia, musi jak najszybciej odkryć sposób na zdjęcie miłosnej klątwy.

Chciałoby się rzec, że to kolejna idiotyczna komedia dla nastolatków z przypiętą amerykańską peleryną. Ale nie – można też spotkać rozczarowanie – i to miłe rozczarowanie. Jest to niezbyt wymagający film, który wali śmiesznymi gagami i tekstami na prawo i lewo. Wulgaryzm i nagość wylewa się z beczki śmiechu co raz to bardziej. Poza humorystycznymi akcentami jest też miły akcent w postaci Jessici Alby, filmowej Cam, która całkiem nieźle wypada jako niezdarny ozdobnik produkcji. Całkiem nieźle wypada też Charlie (Dane Cook) w tym mało ambitnym filmie. Jeśli ktoś liczy na trywialny pomysł na fabułę, epatowanie dużą dawką erotyzmu i na dodatek lubi wulgarne smaczki, to się nie zawiedzie.

Jest śmiesznie, jest i polot lukru, który słodzi klimat. Świetny odmóżdżacz na sobotę – to fakt!

Ocena: 7/10

h1

You’ve got mail/Masz wiadomość.

marzec 29, 2008

Image Hosted by ImageShack.us

Do tego filmu wraca się zawsze z sentymentem. Pomijając uwzględnienie czasów nam współczesnych, ale chodzi o samą… magię. “Masz wiadomość” czaruje i dodaje ogromnego optymizmu.

Skąd ten zachwyt? Po kolei. Dziełko Nory Ephron pokazuje dwoje obcych sobie ludzi: Kathleen Kelly (Meg Ryan) i Joe Fox’a (Tom Hanks) pracujących w tej samej branży, bo księgarskiej. Różni ich podejście do biznesu, różnią ich pieniądze, lecz jest jedna rzecz, która ich wiąże – internet. To dzięki niemu odkrywają siebie od innej strony. Pokazują uwielbienie dla małych, niezauważalnych rzeczy: jak motyl w metrze, czy odpowiednia kawa w filiżance. Wszystko jest piękne, jeśli aktorzy potrafią pokazać to w piękny i przekonujący sposób – i tak jest. Meg Ryan i Tom Hanks, para znana choćby z “Bezsenność w Seattle”, dają po raz kolejny dowód, że są dobranym i szczególnym duetem.

Piękny film z cudowną aksamitną muzyką, ujęty w aktualnym czasie zdominowanym przez Internet. Odpowiada na pytanie: Czy można zakochać się właśnie przez Internet? Zakochujemy się w literkach czy w tej osobie, co wciska klawiszami z klawiatury te literki… Na te i wiele innych pytań znajdziecie odpowiedź. Bardzo subtelny i romantyczny, i gdy za każdym razem się go ogląda – nie nudzi w ogóle. Pozwala odkryć pewne rzeczy na nowo. Napełnia widza czymś budującym i wielką pozytywną energią.

Ocena: 9/10

h1

The Mist/Mgła.

marzec 29, 2008

Image Hosted by ImageShack.us

Po takich perełkach jak “Skazani na Shawshank” czy “Zielona mila” spodziewać by się chciało jakiś okaz równie wysokich lotów. “Mgła” nie jest niebotyczna ale dna też nie dotyka. Darabont serwuje nam historię o grupce ludzi, którzy zamknięci w Supermarkecie skazani są na przetrwanie, gdyż za rogiem czai się mgła – synonim zła, która pochłania każdego, który chce przez nią przejść.

Historia, jak widać, na pozór wyssana z palca. Przenikanie świata fantastycznego w świat dzisiejszy. Darabont nie podszedł do tej sfery dosyć poważnie. Niespodzianki czyhające w głębi tajemniczej oświaty robią wrażenie nazbyt sztucznych i nierealistycznych. Efekty specjalne dosyć mizernie się prezentują. Pal licho fantastykę. Cała moja uwaga skupia się na relacjach międzyludzkich, które uwalniają się w sytuacji ekstremalnej, niecodziennej. Gdzie każdy jest zmuszony do przetrwania. Ich życie zdeterminowane jest przez głód, zmęczenie i strach. Najlepsza uczta zaczyna się, gdy ludzie zaczynają pokazywać swoje prawdziwe “ja” i próbują wpływać na innych. Odważni giną, słabi odbierają sobie życie. Jedną z wielu jest wybijająca się z tłumu Pani Carmody (Marcia Gay Harden), która zagrała fantastycznie budząc niechęć i niezbyt pozytywne emocje u widza swoimi dywagacjami i przemówieniami o naturze religijnej. Jej postać kreuje się na dyktatorkę, która z emfazą próbuje wcisnąć wersety Pisma Św. jakoby miała to być pokuta w momencie nadchodzącej Apokalipsy.

Darabont pozbawia ludzi moralnych zachowań. Robi z nich zwierzęta, które zrobią wszystko by przetrwać. Działania głównych bohaterów nie posiadają hamulców, są wręcz nieludzkie – reżyser stara się je usprawiedliwiać, jakoby strach i przetrwanie to były główne czynniki popychające ich do czynów. Znika moralistyka, jakiś porządek świata. Stąd na twarzy nie pojawia się oburzenie, czy niesmak w momencie zabicia jednego człowieka przez drugiego. Ta sfera została przedstawiona w iście arcyprofesjonalny sposób.

Ludzie, którzy znajdują się w zamkniętej niby-puszce wprowadzają niezdrową atmosferę. Da się odczuć niemałą dawkę napięcia i niepokoju, co wpływa bardzo pozytywnie na odbiór. Muzyka? Momentami dobrze komponująca się z otoczeniem, a innym razem jakby przesadzona patosem ulatniającym się gdzieś tam… Wracając jeszcze na chwilę do gry aktorskiej, to na plus idzie Ollie (Toby Jones), jako niepozorny pracownik sklepu, który swoim niezachęcającym wyglądem pokazuje, że jednak do czegoś się nadaje i potrafi ratować życie innych. To jemu bije się brawa, to od niego zależała dalsza kolej rzeczy, bo gdyby nie on, to połowa sklepu zostałaby uśmiercona… Na ostatek został nam główny bohater, David Drayton (Thomas Jane), który zostaje daleko w tyle ze swoją komiczną grą rozpaczy, którą okazał dla siebie większe politowanie niż zachwyt.

Co do zakończenia, to bardzo mnie zaskoczyło. Tak pesymistycznej końcówki się nie spodziewałem. Naprawdę można się poczuć zapowietrzonym, gdy widzi się zbyt pochopną decyzję, której można było uniknąć. Ale tak to już bywa w życiu…

Ekranizacja prozy Kinga wypada przyzwoicie jeśli chodzi o ogląd na stosunki międzyludzkie, zaś otoczka czysto fantastyczna i całokształt sprawiają wrażenie rzeczy niedopracowanych i powodujących zgrzyt z resztą. Czy polecam? Jasne! “Mgła” wprowadza trochę świeżości i nowego napięcia w stosunku do nowych horrorów ostatniego czasu…

Ocena: 6/10

h1

Break up/Sztuka zrywania.

marzec 28, 2008

Image Hosted by ImageShack.us

Ile to razy słyszymy, że “jest wszystko przez Ciebie“, że “Ty nic nie robisz“, “Ty nigdy mi nie pomagasz“, że “nie mogę na Tobie polegać“. To samo da się zauważyć w filmowej parze Gary’ego (Vince Vaughn) i Brooke (Jennifer Aniston). Ewidentnie widzimy, że w ich związek wdziera się duch zwany wszędobylską rutyną, która demaskuje drugie twarze partnerów.

“Sztuka zrywania”, to niesztampowy film obyczajowy z elementami komedii. To zwierciadło ludzkich emocji, przyzwyczajeń, które nami rządzą, z którymi żyjemy na co dzień. Kwestia tylko tego, czy damy się zawładnąć rutyną, czy pozwolimy jej uciec. To lustro odbijające nas samych.

Główni bohaterowie od razu zawiązują więź z odbiorcą. Budzą sympatię improwizowanymi dialogami i swoimi drażliwymi zachowaniami, które (o, dziwo!) przypominają trochę nasze zachowania i perypetie ze swoimi życiowymi partnerami. Dzięki autentyzmowi i prawdopodobieństwu okoliczności film ogląda się z prawdziwą ciekawością i oczekiwaniem na dalszą kolej rzeczy.
Gary Grabowski rządzi się ironią, sarkazmem, jak i męskimi przywarami (nagminne przysiadywanie przy gierkach komputerowych, wszechobecny bałagan.. etc.); jego żona Brooke Meyers, to zapracowana kobieta, która próbuje podtrzymywać filary domu swoimi barkami ciepła i dbałości o każdy kąt.

Jak już wcześniej wspomniałem “Sztuka zrywania”, to niesztampowe kino, które odzwierciedla nas samych w codziennym życiu. Robi to całkiem przyzwoicie. Luźny, przyjemny i na pewno godny polecenia, choćby dla samego zakończenia, które stara się potwierdzać moją teorię.

Ocena: 8/10

h1

Meet Joe Black/Joe Black.

marzec 24, 2008

Image Hosted by ImageShack.us

Zamożny magnat prasowy – Bill Parrish (w tej roli rewelacyjny Anthony Hopkins) osiągnął w życiu wszystko – ma dwie kochane i kochające córki, niemały majątek, oddanych przyjaciół… właśnie zbliżają się jego 65 urodziny, gdy zjawia sie u niego człowiek – młody przystojny…

Bardzo wysublimowane kino. Niezwykle wciągający film, który ogląda się jednym tchem. Na pozór tajemniczy, ale i refleksyjny. Chyba nie da się nie wspomnieć o wspaniałej grze filmowego trio: Pitt, Hopkins i Forlani. Pitt, jako śmierć tworzy ciekawą postać. Nadwyraz spokojną i opanowaną. Interesująca koncepcja wtapiania się osoby z poza światów w świat aktualny. Budzi to pewne refleksje, zastanowienie nt. życia po śmierci.

Ponadto, “Joe Black” przekazuje pewne prawdy uniwersalne – choćby takie jak miłość znajdująca różne drogi: ojcowska, mężczyzny do kobiety. Czy chociażby nieuchronność i nieubłagalność śmierci.

To film piękny, przemyślany i solidnie wykonany. Końcówka trochę przydługa, i zbyt przelukrowana i posypana efekciarskimi fajerwerkami. Reszta ma się dobrze. Finezyjne kino z przepiękną, patetyczno-liryczną ścieżką dźwiękową.

Ten film trzeba zobaczyć.

Ocena: 8/10

h1

Daredevil.

marzec 24, 2008

Image Hosted by ImageShack.us

Przykrym zbiegiem okoliczności osierocony chłopiec Matt Murdock zostaje oślepiony przez odpady radioaktywne. Jak się okazuje podczas tego wypadku chłopiec zostaje także “mimochodem” obdarzony zdolnościami, jakie można określić mianem “cudownego zmysłu”, który pozwala mu “widzieć” dużo dalej niż inni ludzie. Wiele lat później Matt będąc już dorosłym mężczyzną pracuje w wymiarze sprawiedliwości jako prawnik. Jak się okazuje nie zapomniał o swoich szczególnych zdolnościach i po pracy, wieczorami… odsłania swoją druga tożsamość i przemierza sąsiedztwa Hell’s Kitchen i Nowego Jorku jako zamaskowany, nieustraszony Daredevil – walczący o sprawiedliwość, której nie znajduje na co dzień w budynku sądu.

W ogóle nie przemawia do mnie ten film. Nawet nie służy mi za dobrą rozrywkę, bo odrzuca mnie swoją sztucznością, schematycznością i naiwnością. Na dodatek rola Bena Afflecka – filmowego Matt’a Murdock’a/Daredevil’a woła o pomstę do nieba. Chyba jedna z jego najgorszych ról, jakie dotychczas widziałem. Drewniane aktorstwo. Reszta załogi również nie wypada wspaniale. Elekra (Jennifer Garner) czaruje i nęci swoim wdziękiem. Collin – niemiłosiernie maca się ciągle po czole, choć on przynajmniej robi to z charakterem!

Nuda, plastykowy strój, niezła szata efektów specjalnych. Szybko się zapomina o takich filmach.

Ocena: 3/10

h1

Interview/Wywiad.

marzec 23, 2008

Image Hosted by ImageShack.us

Autorskie dzieło Steve’a Buscemi’ego, to hołd złożony holenderskiemu reżyserowi Theodor’owi Van Gogh’owi, doświadczonemu artyście, który zginął z rąk fanatyka – muzułmanina. Prawnuk znanego nam artysty słynął z krytyki muzułmańskiego środowiska a powyższy film jest jedną z triady wybitnych filmów stworzonej właśnie ku jego pamięci.

“Interview” rozpoczyna się niepozornym, pospolitym wywiadem, który ma za zadanie przeprowadzić niedoceniony, doświadczony korespondent wojenny Pierre Peters (Steve Buscemi) z wyjętą, dopiero co z tabloidowej okładki, “Katyą” (Sienna Miller), którą wybija z tłumu skandal i nieprzeciętny wdzięk.

Od razu widzimy obraz rozmowy. Obie postaci zachowują się niczym dwa magnesy o takich samych biegunach, które odpychają się wzajemnie. Pierre nie oszczędza sobie. Wali cynizmem od stóp do głów, nie pozostawiając na pseudoartystce suchej nitki. Jest pewny siebie i rządzi się swoją pychą. Katya natomiast sprawia wrażenie pustej laleczki, która zdobywa sukces i miejsce na podium sceny medialnej dzięki prezencji. Z początku rozmowa się nie klei, pytania zadawane przez korespondenta nie są przyjmowane. Dalej, dysputa zjeżdża z toru, jedzie po bandzie… i zaczyna się gra. Gra wpisująca się, niczym w konwencję teatralną. Gra słów, która ma na celu ośmieszenie, zbycie, wprowadzenie w błąd drugą osobę. Między słowami widzi się ironię, sarkazm, flirt, fałsz… Wywiad lawiruje między wszelkimi możliwymi emocjami: złości, płaczu, rozgoryczenia, powagi, która niczym karuzela kręci się co raz to szybciej, nie znajdując consensusu.

Zaletą filmu Buscemi’ego jest swoisty minimalizm bijący z każdej sfery, bo i z przestrzeni (film rozgrywa się głównie w mieszkaniu aktorki), aktorstwa (dialog między dwoma osobami), muzyki, która jest jedynie małym akcentem. Naszą uwagę przykuwa zwykła rozmowa, będąca odkryciem dla nas… Odkrywamy coś nieprzewidywalnego.

Tytułowy wywiad będący w momencie szczytowym – to znaczy demaskujący wszelkie najskrytsze tajemnice obojga. Okazuje się jedynie grą masek. Profesjonalizm sprowadza się do padołu. A quasi-artyzm staje się w pełni sztuką.

Niesamowite są dialogi. Są bogate i wysmakowane; są odbijaniem piłeczki, ciętą ripostą, mieszanką twardego cynizmu i anemicznej spazmy.

Steve Buscemi tworzy dzieło stężone i przemyślane. Do tego stopnia, że widz jest przez cały czas omamiany a na końcu staje do góry nogami jako gest podziwu. Jest to zwierciadło ludzi przybierających maski dla osiągnięcia swoich celów. Przybierają różne twarze: cyniczne, kokieteryjne, pełne kłamstwa, nie tyle w świecie medialnym ile tym poza nim. Inteligentny film o ludzkiej tożsamości. Gra aktorska na bardzo wysokim poziomie. Buscemi pokazał klasę, a Miller rośnie w oczach i nie jest wcale w tyle. Duże oklaski!

Ocena: 9/10

h1

Four brothers/Czterej bracia.

marzec 22, 2008

Image Hosted by ImageShack.us

Czterej adoptowani bracia łączą swoje siły by pomścić śmierć przybranej matki, która ginie podczas napadu na sklep spożywczy. Lekceważąc policyjne nakazy cała czwórka przewróci do góry nogami swoją dzielnicę Detroit szukając osoby, która zleciła to brutalne zabójstwo. Podczas tych poszukiwań, zostawiając po sobie krwawe ślady, wszyscy z braci zdadzą sobie sprawę, że łączy ich coś więcej niż tylko więzy krwi.

Jeśli liczysz na czysto niezobowiązujące sensacyjne kino, to “Czterej bracia” są idealnym typem. Motywem przewodnim jest zemsta na brudnych draniach. Z lekka wybija się ponad przeciętność takimi nazwiskami jak: Wahlberg czy Andre 3000. Nie jest źle: jest akcja, są pościgi, dobre dialogi, jest suspens. Podoba mi się.

Ocena: 7/10